Przejdź do treści
2
Przejdź do stopki
Przejdź do treści

Wydarzenia

Świadectwo Agnieszki

Treść


To już drugie moje rekolekcje w Krościenku nad Dunajcem. W tym roku byłam razem z Narzeczonym tylko 4 dni. Na obecność w całych rekolekcjach nie pozwoliły nam obowiązki zawodowe, poza tym w tym roku wybieraliśmy się Pieszą Pielgrzymkę Rzeszowską na Jasną Górę, dlatego urlopy mieliśmy zaplanowane na sierpień. Jechałam na te rekolekcje z intencją dobrego przygotowania się do Sakramentu Małżeństwa (nasz ślub odbył się w pierwszą sobotę sierpnia 2006 roku:), poza tym chodzenie po górach miało być "treningiem" przed wyruszeniem na pielgrzymkę.
Dojechaliśmy do Krościenka autobusem. Ale co to była za podróż! Piękna! Odmówiliśmy 4 części Różańca, rozmawialiśmy o tym, jakie będą te rekolekcje, o ślubie... Był taki wewnętrzny spokój, nie przeszkadzał nam upał, niewygoda. Czułam obecność Maryi wśród nas, szczególnie wtedy, kiedy w momencie odmawiania po Różańcu codziennej modlitwy Rycerzy Niepokalanej "O Maryjo bez grzechu poczęta...";) za szybą autobusu oglądaliśmy figurki Maryi Niepokalanej, jakie były ustawiane przy przydrożnych domach; tak, jakby Matka Boża mówiła do nas "Jestem z wami cały czas". Tę podróż do Krościenka odebrałam jako swoiste przygotowanie do przeżycia rekolekcji.
Przyjazd do Krościenka to witanie się z tym, co było mi już znane z ubiegłego roku: góry, piękne krajobrazy, to samo miejsce, w którym mieliśmy noclegi... Jednak były to inne rekolekcje niż w tamtym roku. Już znałam modlitwę brewiarzową, w której zakochałam się w ubiegłym roku; już wiedziałam, jak to jest, gdy idzie się szlakiem na bosaka z różańcem w ręku i modlitwą w sercu. To wszystko było takie zwyczajne, takie przynależne do mojego życia. Myślałam: czy to dobrze, czy źle, że wszystko jest takie dla mnie zwyczajne, normalne; że nie czuję jakiejś wyjątkowości miejsca, wyjątkowości czasu rekolekcji w górach?
Zastanawiając się nad tym głębiej, doszłam do wniosku, że nie ma w tym nic złego. Modlitwa jest dla mnie zwyczajna, bo jest częścią mojego życia, bez niej nie wyobrażam sobie już dnia. A obecność Boga? Cóż, oschłość to dla mnie ostatnio chleb powszedni. Ale to przecież nie znaczy, że jeśli się nie czuje obecności Boga, to że Go nie ma! Poza tym czułam, że Jezus wybrał dla mnie inne zadanie, niż w ubiegłym roku: wtedy miałam Go odkrywać, a teraz miałam Go pokazywać innym, młodszym rekolekcjonistom; pokazywać Jezusa świadectwem własnego życia. Jednak sama też miałam się uczyć w szkole miłości Jezusa. Już pierwszego dnia pobytu (a dojechaliśmy z narzeczonym w piątek po południu) miałam się uczyć posłuszeństwa i dyscypliny. Nie chciałam spać w pokoju z dziewczynami, które, jak się dowiedziałam od innych rekolekcjonistów, nie chciały wcześnie chodzić spać i hałasowały w nocy. Zbuntowałam się, mówiąc do Ojca Duchowego – księdza Witolda, który prowadził te rekolekcje, że ja tu przyjechałam wypocząć, nabrać sił, a nie spędzić czas na upominaniu co niektórych, jak mają się zachowywać. Tylko posłuszeństwo Ojcu sprawiło, że jednak zamieszkałam w tym nielubianym pokoju. Okazało się, że dziewczyny zdyscyplinowały się i nie było aż tak źle:) Zobaczyłam, też w tym Bożą logikę: skoro sama miałam być przykładem dla innych, młodszych, sama musiałam być zdyscyplinowana, posłuszna i pokorna.
Piątek był dla mnie szczególnym dniem. Nie tylko dlatego, że to dzień umartwień dla każdego chrześcijanina, a dla mnie - dzień postu o chlebie i wodzie. Była wśród nas Karolina, która przyjechała na te rekolekcje tylko ze względu na swoją koleżankę Magdę. Kiedy o 22.00 mieliśmy już iść spać, usłyszałyśmy z naszego pokoju hałasy wręcz nieziemskie: to Karolina (która od samego początku nie podobała mi się, bo miała tak bardzo puste oczy i z taka pogardą patrzyła na wszystkich rekolekcjonistów), po zjedzeniu iluś tam tabletek, zaczęła się dziwnie zachowywać: nie chciała iść spać, krzyczała. Razem z Ewą (moją siostrą duchową) postanowiłyśmy powiedzieć o tym naszemu Kapłanowi Prowadzącemu, który już spał. Wiedząc o doświadczeniu naszego Ojca w takich; sprawach, położyłyśmy się spać. Nagle jednak usłyszałyśmy mocny hałas, aż zadrżała podłoga. Młodsze dziewczęta zaczęły się bać, razem z Ewą zaproponowałyśmy więc Różaniec. W trakcie modlitwy usłyszałyśmy, że z pokoju obok, gdzie była Karolina, słuchać też modlitwę, postanowiłyśmy więc tam pójść. Co zobaczyłyśmy? Leżącą, zwijającą się Karolinę, która zaczęła bluźnić m.in. przeciwko naszej modlitwie. Zobaczyłyśmy naszego księdza Witolda i innych; wszystkich na klęcząco odmawiających Różaniec w intencji Karoliny. Nigdy nie zapomnę tej modlitwy. Przy zgaszonym świetle tyle osób modlących się za dziewczynę, którą dręczył zły duch przez tabletki. Czułam, że nasza modlitwa ma tak wielką siłę, że z zadziwienia płynęły mi po policzkach łzy. Po raz pierwszy brałam udział w takiej modlitwie: dobro w starciu ze złem; tak blisko, namacalnie. Dalsze modlitwy miały miejsce w pokoju Ojca, już w mniejszym gronie. Było to dla mnie pierwsze uczestnictwo w modlitwach wstawienniczych i uwalniających od zła. Tu duch dręczący Karolinę pokazał pazury: bluźnierstwa przeciwko samemu Bogu, modlitwie i Księdzu, zwijanie się Karoliny po pokropieniu wodą święconą, jej nadnaturalna siła, kiedy we trójkę trzymałyśmy ją, kiedy Ojciec błogosławił Karolinę. Dobro zwyciężyło! W niedzielę Karolina przystąpiła do Sakramentu Pokuty. Jakaż w niej zaszła cudowna przemiana! Uśmiechnięta, rozpromieniona, oczy nabrały wyrazu. Nie poznawałam tej dziewczyny z piątku! To był dla mnie namacalny dowód, jak wielką moc ma modlitwa! Dziękowałam Bogu, że mogłam być świadkiem tej przemiany.
W niedzielę natomiast to ja się źle czułam. Po niezbyt miłej wymianie zdań z moim Narzeczonym wpadłam w dziwny stan odrętwienia i obojętności, nie potrafiłam się uśmiechać, stroniłam od innych rekolekcjonistów, było mi wszystko obojętne; cały dzień byłam jakaś zmęczona, senna (choć wysypiałam się); każdy pytał, co się stało, a ja nie umiałam nawet odpowiedzieć. Pomogła mi rozmowa z Anią; wieczorem zapraszała mnie na wspólnąś modlitwę, ale ja wymówiłam się najpodlej, jak można: że nie chce mi się. Okropność! Nie chciało mi się modlić! Wolałam spać, poddawać się duchowemu zmęczeniu i osłabieniu, niż wziąć się w garść i siłą modlitwy przełamać marazm, w jaki wpadłam.
Następnego dnia (poniedziałek - dzień wyjazdu) wstałam bardzo wcześnie. Sama, na balkonie o godz. 5.30, odmówiłam Różaniec w swojej intencji; o nawrócenie serca; później, przed ostatnią rekolekcyjną Mszą św., przystąpiłam do Sakramentu Pokuty. I jaka przemiana! Czułam znowu wewnętrzny pokój; ciągle się jeszcze oczyszczałam (prawie całą Eucharystię płakałam), ale już cały dzień byłam radosna, pozostawałam w dziękczynieniu za czas rekolekcji, za swoją przemianę i przemianę Karoliny. W niezrozumiały dla mnie sposób pogłębiły się też moje relacje z Narzeczonym. Trwanie w czystości przedmałżeńskiej nauczyło nas cierpliwości względem siebie, czułości. Teraz czułam, że nastąpiło jakieś ciągle zadziwiające mnie pogłębienie naszych relacji duchowych; traktowałam to jako Owoc tych rekolekcji; Owoc, który ciągle trwa, a który miał nam ułatwić przygotowanie się do Sakramentu Małżeństwa. I tak też jest do tej pory:)

Chwała Panu!

Agnieszka

1475