Przejdź do treści
2
Przejdź do stopki
Przejdź do treści

Wydarzenia

Myśleć po Bożemu, nie po ludzku

Treść


Kilka tygodni przed rekolekcjami w Pieninach zastanawiałem się, po co ja właściwie tam jadę. Jaki jest cel mojej podróży w towarzystwie osób, których właściwie nigdy nie widziałem na oczy?

Postanowiłem poszukać odpowiedzi w dzienniczku siostry Faustyny. Pan Jezus poprzez słowa zawarte w tym dziele wspomnień powiedział mi, że to On mnie tam wysyła.
Ale znowu zadałem sobie pytanie – w jakim celu? Na początku lipca postanowiłem sobie wziąć urlop na dwa tygodnie w związku z wyjazdem na rekolekcje i tak tez uczyniłem. Pierwszy tydzień miałem zagospodarowany, a drugi? No właśnie, i to jest bardzo ciekawe, ponieważ okazało się, że w przeciągu tych dwóch tygodni miałem tylko dwa dni dla siebie wolne. Tak się ułożyło wszystko, że w tak krótkim czasie tak dużo się nauczyłem i tak dużo zobaczyłem – moja dusza odżyła i ciało nasyciło się pięknem gór, wspaniałością zabytków i rozmowami – jakże przyjacielskimi, z osobami, których wcześniej nigdy nie spotkałem.

Często mając jakieś wątpliwości pytam Jezusa poprzez Pismo Święte, bądź lekturę dzienniczka siostry Faustyny, o sprawy trudne, o to co powinienem zrobić. Nie zawsze otrzymuje odpowiedź wprost, ale Duch Święty tak mną kieruje, że największe problemy stają się ziarnkiem piasku.

„Mam głęboką wiarę. Wiarę, która prowadzi mnie prosto do Boga” – to było moje ludzkie myślenie przed rekolekcjami. Waśnie tutaj tkwi największy mój problem, że było to tylko ludzkie myślenie. Doradzałem innym, podtrzymywałem ich wiarę, w momencie gdy wątpili. Poprzez takie myślenie nie mam zbyt dużej liczby przyjaciół, ale w życiu nie ilość się liczy, a jakość. Jakiś czas temu prowadziłem blog o tematyce religijnej – wiersze, wspomnienia i jakieś luźne refleksje. Nawiązałem kontakty z różnymi ludźmi – zielonoświątkowcami, ludźmi zagubionymi i ludźmi Światła. Z niektórymi z nich nie utrzymywałem długo kontaktu, ze względu na niezgodne z moimi przekonania. Mam tutaj na myśli osoby związane z ruchem sekt. Myślałem, że możliwe jest nawiązanie kontaktów na płaszczyźnie rozmów o Bogu z takimi osobami, ale się myliłem. Po konsultacji z kapłanem stwierdziłem, że lepiej dla mnie będzie jak zerwę z nimi kontakt – po co mają mi mieszac w głowie – do czego zmierzam? Do uświadomienia sobie i innym tego, że moja wiara w ludzkim przekonaniu była głęboka i wartościowa – w ujęciu ludzkich myśli oczywiście – moich myśli.

A tak naprawdę ona jest płytka, płytsza niż wiara innych. Ale dokończę myśl związana z blogiem. Kiedy pewien chłopak, który właśnie w czasie rekolekcji 5 sierpnia 2008 roku dowiedział się, że przestałem prowadzić tę stronę napisał mi następujące słowa:

„mam nadzieje ,że wrócisz,
mam nadzieje , że pisanie nie ustanie,
mam nadzieje .... znów zapomniałem:(
wiecznie tak mam :(
przestań i wracaj,,,,
pozdrowienia od tego którego trzymałeś przy życiu....”

Ten człowiek myśli po ludzku, że moja wiara, i moje wsparcie którego mu udzielałem są silne, a po Bożemu tak niestety nie jest, bo ona jest chwiejna, niestabilna, przy najmniejszym podmuchu sypiąca się jak wieża z kart. Teraz już wiem jaka miarą oceniać głębokość mojego złączenia z Bogiem. Łaskami płynącymi poprzez Serce Najświętszej Panienki. Zaufanie, zaufanie i jeszcze raz zaufanie … Ufanie Bogu poprzez Miłość jego Mamy. Przed pisaniem tego świadectwa poprosiłem Ducha Świętego, abym mógł w odpowiedni sposób wyrazić swoje przemyślenia i głębię doznań z ostatnich dwóch tygodni.

Rekolekcje tego typu odbywałem po raz pierwszy. Nie wiedziałem, co będzie, kto będzie, jaką ostatecznie formę nada im ksiądz Witold, jak będą układały się moje relacje ze współlokatorami. Maryja pokierowała wszystkim. Od początku zawiązała się miła atmosfera pomiędzy uczestnikami, czego w ogóle się nie spodziewałem. Powstała jedna wielka rodzina. Ale jak w każdej dobrej rodzinie Bożej powstają drobne zgrzyty, ale patrząc z perspektywy czasu na te konflikty to tak naprawdę one również czegoś mnie nauczyły. Z dnia na dzień staję się coraz mądrzejszy – a to dzięki komu? Dzięki Maryi. Za to Ci Królowo mojego słabego serca składam dzięki.

Przed 4 sierpnia do Boga trafiałem drogą, która omijała Najświętsze Serce Maryi, a teraz szukam na mapie duchowej takiej trasy, która przebiegać będzie właśnie przez nie. Niejednokrotnie pytałem rankiem Jezusa, dlaczego się do mnie nie uśmiecha. Niebo było zachmurzone, a za chwilę jak dochodziłem do przystanku autobusowego zza chmur wychodziło Słońce Jego Uśmiechu i mocy. Ale pomijałem przy tym Maryję. Dlaczego? Sam nie wiem. Może tak było mi wygodniej, być może nie otrzymałem od Boga na tyle jasnego światła, że moja dusza nie dojrzała w tych szarościach grzechu Królowej Serc. A dzisiaj jak jest po 11 sierpnia? Lepiej, ale o tym napiszę za chwilę. Odmawianie różańca wprowadzało mnie w stan znudzenia. Mogłem modlić się krótką chwilkę tą wspaniałą modlitwa, a potem szukałem innych. Dlaczego? Nie wiem. Wędrówka po górach z różańcem w reku i odważne prezentowanie wiary było dla mnie czymś dziwnym. Kiedyś wchodząc na szczyty pienińskie ksiądz Witek pytał każdego w jakim stopniu jest przekonany o słuszności tej modlitwy – odważnego prezentowania wiary. Ja odpowiedziałem, że w połowie. Dlaczego? Nie wiem. A co z druga połową? Była ciemna, myśląca po ludzku. Ale trudno się dziwić, w swoim życiu nie spotkałem kapłana, który nauczyłby mnie myśleć po bożemu poprzez swoje świadectwo, głębokie zawierzenie i poznanie Matki Najświętszej. Pierwszy raz spotkałem się z tak silną wiara właśnie skierowana ku Sercu Maryjnemu.

Myślałem po ludzku – kiedy wędrowaliśmy po górach modląc się odważnie, kiedy w Tatrach Słowackich ostatnia grupa z kapłanem wracała po ciemku, kiedy wytwarzałem w sobie samym psychozę, co będzie, gdy nie wrócą i układając plan niesienia im pomocy. Ponownie pominąłem wtedy Najświętszą Panienkę, która ich prowadziła – modliliśmy się, ale pozwoliłem szatanowi siać w swej duszy ziarna psychozy, jakże nieuzasadnionej. Zamiast powiedzieć sobie – „Maryjo, przecież ich poprowadzisz, skoro jest wśród nich kapłan o tak silnej wierze”, ja myślałem ponownie po ludzku. I to był błąd. A jak jest dzisiaj? Zaczynam po woli myśleć po bożemu – po woli, bo wszelkie dzieła nie dokonują się we mnie w przeciągu sekundy, ale to musi trwać. Musze pogłębić swoją wiarę chociażby ze względu na tego chłopaka, który się gubi, a któremu musze wskazać odpowiedni kierunek duchowy.

Dzisiaj zadaje sobie pytanie, czy głośna górska modlitwa ma sens? I odpowiadam sobie – jak najbardziej – ten kto usłyszy świadectwo i dostrzeże, że grupka 30 osób spaceruje z Maryją po brzegach Dunajca trzymając ją za rękę, sam się jej odda. Może nie od razu, ale może za rok ponownie te osoby będą wypoczywać w tym samym miejscu i ujrzą kapłana kroczącego trudnym górskim szlakiem boso, odmawiającego głośno modlitwę ku czci swej Najwspanialszej Mamy.

Sentencją swojego świadectwa uczyniłem słowa księdza Witolda „myśleć po Bożemu, a nie po ludzku”. Ja się ciągle uczę, posilam swoja duszę kontaktami z osobami Światła – kapłanami, ludźmi głębokiej wiary, jak chociażby Kasia, która mi bardzo zaimponowała dojrzałością swoich przemyśleń i podejściem do życia. Robercie, musisz się jeszcze bardzo dużo uczyć – mówi moja prawa połowa, a lewa się z nią zgadza.

W trakcie rekolekcji zapytałem dwukrotnie naszej słynnej Zosi, czy będzie za nami tęsknić, pierwszy raz chyba w czwartek, a drugi raz w dniu odjazdu. A ona mi odpowiedziała bardzo stanowczo, że nie, bo będzie w niebie i będzie nam stamtąd machać. Szczerze mówiąc jej słowa mnie bardzo zdziwiły i zastanowiły, ponieważ dwukrotnie we czwartek i poniedziałek odpowiedziała mi to samo. Oczywiście, może to być dziecięcy wymysł, ale można się zastanowić, czy ten mały skarb Pienin nie mówił wtedy słowami Maryi? Dzisiaj właśnie w dalszym ciągu się nad tym zastanawiam, bo czy dziecko czteroletnie samo z siebie mogłoby coś tak niezwykłego wymyślić?

Owoce rekolekcji są czymś, o co się modlimy w trakcie odnowy duchowej. Właśnie dzień po przyjeździe z Krościenka pojechałem na wypoczynek pod Kraków do przyjaciół. W piątek miałem udać się do zaprzyjaźnionego z nimi kapłana na obiad, ale okazało się w tym samym dniu, że musiał nagle wyjechać. I to nie koniec zbiegów okoliczności. Z rana wychodząc do kościoła, w to Maryjne święto, zaczęło padać, a ja idąc za myślą księdza Witolda, postanowiłem zacząć modlić się do Maryi – deszcz ustał, szliśmy w pogodzie, a wracaliśmy przy pięknie świecącym słońcu. To nie koniec niezwykłych sytuacji. Jeśli pojechałbym na obiad do tego kapłana nie zobaczyłbym cudownego obrazu Najświętszej Panienki w Staniątkach koło Krakowa w klasztorze sióstr Benedyktynek, która ochroniła tamtejszy klasztor przed bombardowaniem w okresie II Wojny Światowej. Dzisiaj nad ranem usłyszałem jak padał deszcz, odmówiłem 3 dziesiątki różańca, z myślą, aby wracać w pogodzie – wychodziłem do autobusu, praktycznie nie padało, jedynie lekka mżawka w Krakowie, a w Łańcucie – piękna słoneczna pogoda. Doznałem niesamowitej łaski, wolą Maryi. Zamiast spożywać posiłek w Wieliczce, mogłem pokłonić się Jej w cudownym obrazie. To nie jest na pewno zbieg okoliczności, tylko dojrzewające owoce rekolekcji.

Po powrocie z odnowy duchowej zajrzałem do dzienniczka siostry Faustyny, z myślą, co teraz mi Bóg powie. Oto co przeczytałem: „Chce cię nauczyć dziecięctwa duchowego”, którego właśnie nieraz mi brakuje, jego miejsce zajmuje dorosłość duszy z grzechami i brak Boga. Maryjo prowadź mnie do Serca Jezusowego od teraz.

Bóg zapłać ks. Witoldowi za przewodnictwo duchowe na tych rekolekcjach, za odważny spacer z Maryją, za jego głęboką wiarę i zawierzenie i za to, że mam od Kogo się uczyć tej głębi wiary, którą podzielę się z innymi w dalszej swojej działalności.

Robert

1480